Shrekowisko w Muzycznym, czyli zielono i śpiewnie mi

Kto by pomyślał, że takie niezgrabne ogrzysko o wątpliwej kindersztubie zawita kiedyś na salony teatralne. A tu masz ci! Uwielbiany nie tylko przez najmłodszych Shrek, jego ukochana Fiona oraz nieodłączny towarzysz - gadatliwy i przemądrzały Osioł wzbudzili taką falę euforii wśród publiczności, że Plac Grunwaldzki aż zatrząsł się w posadach. Oszałamiające widowiska, to w repertuarze gdyńskiego Teatru Muzycznego pewna constans, tym razem jednak artyści i cała ekipa ukryta za kurtyną przeszli samych siebie.

Tę podrasowaną gastrycznymi (i nie tylko) efektami dźwiękowymi opowieść, podejrzewam, znają wszyscy. Monologi wygłaszane przez stukającego swymi kopytkami szarego futrzaka, przetransponowane na rodzimy grunt satyryczny, przeszły już do historii filmoteki spod znaku komedii. Nie inaczej rzecz ma się z wersją musicalową "Shreka". W spektaklu Macieja Korwina humor wyziera z każdego kąta, ale nie ten aspekt zaważył na tym, że został on uhonorowany tak entuzjastycznymi oklaskami tuż po odsłuchaniu finalnej przygody bajkowych bohaterów piosenki.

Pierwsze skrzypce w najnowszej produkcji Teatru Muzycznego gra scenografia, którą powołała do istnienia niezliczona liczba osób, od konstruktorów potężnych elementów wyznaczających topograficzne tło scenicznego dziania się (ogromne wrażenie robi ruchomy las czy olbrzymi zamek, w którym uwięziono Fionę, na czele z królującą w nim Smoczycą - kilkumetrową ruchomą figurą zalotnie trzepoczącą rzęsami, będącymi przedmiotem zazdrości niejednej bywalczyni salonów kosmetycznych) po krawcowe i modystki, współtworzące kostiumową ornamentykę widowiska.

Ruch sceniczny, choreografia oraz oprawa muzyczna miała iście rockandrollowy pazur. Zbiorowe sceny taneczno-wokalne w swej żywiołowości były swoistą reminiscencją nowego "dziecięcia" teatru - "Grease". Rozpaczająca w swej samotniczej wieży księżniczka nieraz podryguje ze swoją cytolą jak z gitarą rockową, podobnie czynią wyzywająco odziane Ślepe Myszki, wygrywając na swoich laskach nieme riffy i solówki. Mówiąc zaś o echach innych dotychczasowych przedstawień wystawianych na gdyńskiej scenie muzycznej, to w "Shreku" pobrzmiewają one wielokrotnie. Postaci nucą utwory z "Grease", gdzieś w tle pojawia się krwiożerczy królik ze "Spamalota" czy makieta pamiętnego różowego Buicka, w którym Danny Zuko wdzięczył się przed Sandy Olson.

Większość scen, które oglądamy, jest wiernym odbiciem wersji kinowej. Ale pojawiają się też reżyserskie innowacje - perełki, które zmieniają profil spektaklu z odtwórczego, na całkowicie oryginalny. Przykładem niech będzie temporalna płaszczyzna dorastania Fiony ukazana za pośrednictwem piosenki wykonywanej przez trzy różne aktorki, grające jedną i tę samą postać. Dziewczynka znika za murem wieży, by pojawić się jako nastolatka, następnie zaś jako dorosła kobieta, wciąż biadoląca nad swą samotnością i podejrzanym brakiem wyzwoliciela - księcia na białym rumaku.

Porywający taniec Marty Wiejak w roli Fiony, niepowtarzalna kreacja Tomasza Więcka jako Osła czy wybryki Jacka Westera pod szczelną maską zielonego nieokrzesańca pozostałyby bezkonkurencyjne, gdyby nie Łukasz Dziedzic i jego fenomenalna kreacja zakompleksionego lorda Farquaada. Przekomiczny kostium, dialogi i niezapomniane "chodzenio-podrygiwanie" na kolanach doprowadzały do łez wielokrotnie. Tych klasycznych, wywołanych śmiechem, oczywiście.

"Shreka" po prostu trzeba zobaczyć, gdyż ogrom pracy i wkładu twórczego w całe to przedsięwzięcie trudno ogarnąć słowem. Zabawa splata się tu z sentymentalną i tkliwą nutą, tak charakterystyczną dla baśniowych opowieści. Za nimi w sukurs kroczy rubaszna sowizdrzalska świta świetnie skrojonych do każdej sytuacji dialogów. Przed samym spektaklem warto też rozwiązać rzemyk swej sakwy i nabyć program przedstawienia. Prześmieszne rysunki Andrzeja Mleczki, z bohaterami musicalu to przedsmak i znakomita zapowiedź tego, co będzie na nas czyhać za kurtyną.

Anna Kołodziejska
Teatralia Trójmiasto
18 października 2011

Powrót